Po połówce

Pobiegłam wczoraj ten półmaraton w stolicy. I w sumie dopiero teraz na zdjęciach widzę jakie tłumy tam były. Ja się karnie ustawiłam na końcu, bo też żadnych rekordów bić nie zamierzałam i widziałam tylko ogon imprezy. Za to pobiegłam sobie spokojnie, swoim tempem i w miarę równo. Tak mi się wydaje. Bo…

Bo przed wyjazdem  do Warszawy naładowałam zegarek, wyłączyłam całkiem i wrzuciłam do torebki. Żeby mieć całą, świeżą, pełniutką baterię. I co? Wieczorem układając swój strój biegowy na ładną kupkę, żeby wszystko mieć przygotowane na rano, wyciągnęłam zegarek i okazało się, że w torebce nie był bezpieczny. Przypadkowo włączony pomierzył różne fragmenty trasy do Wawy, kawałki jakiś spacerów na miejscu. I bateria jest niemal pusta. Miałam nadzieję, że może jednak jeszcze da radę. Ale na starcie długo nie mógł znaleźć gpsa i poddałam się. Biegłam po staroświecku, mierząc dystans aplikacją w telefonie.

Właśnie przez ten telefon nie wiem czy moje odczucie, że specjalnie nie rwałam tempa jest zgodne z prawdą, bo tam wygląda wykres zawsze jak jakieś góry dość strome. Zresztą w sumie nie ma to znaczenia specjalnego. Biegłam sobie słuchając książki spokojnie. Od czasu do czasu muzyka na strefach kibica zagłuszała głos lektora w słuchawkach.

W okolicach połowy zaczęłam żałować, że nie biegnę szybciej. Wychodziło na to, że na dziesiątym kilometrze mam czas słabszy niż na normalnych wieczornych bieganiach. Nie wiem dlaczego oszczędzałam się aż tak bardzo. Po przemyśleniach, w okolicy jedenastego kilometra zwolniłam nieco, aby pobawić się telefonem 😉 . Książkę, zmieniłam na muzykę. Wówczas biegnę szybciej. Wielokrotnie sprawdzone empirycznie. I poleciałam dalej. Z lepszym tempem, ale wciąż rekreacyjnym.

W sumie to przyglądałam się dziewczynom w czym biegną, w związku z moim nowym hobby, jakim są zakupy rzeczy do biegania 😉

I radośnie, podśpiewując pod nosem dobiegłam do mety. Z każdym kilometrem bardziej żałując, że nie pobiegłam szybciej a wciąż mam siłę. Wyprzedzałam na podbiegu na 18 km. No miałam rezerwy. Chociaż z drugiej strony suszyło mnie trochę. Bo po prostu dzień w podróży i na zaliczaniu atrakcji stolicy, nie sprzyjał nawodnieniu. Wręcz odwrotnie, nie piłam prawie wcale. Przed snem wciągnęłam pół litra mineralnej, ale wiedziałam, że w taki sposób i o tej porze to już nic nie da. A rano tylko kawa i na start.

W biegu brałam co dawali, byle mokre było. Ale co to te kilka łyków w kubeczku, a i tak połowa się rozchlapie. Butelka do ręki na mecie, to była prawdziwa nagroda !

Ogólnie było bardzo fajnie,mnóstwo rzeczy, których nie widziałam, bo nieco zdezorientowana kręciłam się w kółko. No w końcu to był mój pierwszy raz 🙂 Miał być rozpoznaniem jak wyglądają takie imprezy i był.

Reklamy

One thought on “Po połówce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s